Wycieczki

Wycieczki organizowane dla uczniów w szkole

W Lizbonie...

Relacja z wyjazdu do Portugalii (marzec 2026)

  W marcu 2026 przylecieliśmy do Porto, jednego z większych miast północnej Portugalii. Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od wejścia na most Ludwika I, zaprojektowanego przez syna ucznia Eiffle'a, Z tego miejsca po obu stronach mostu zachwycaliśmy się cudownym widokiem na dolinę rzeki Douro. Już na samym początku zaskoczyła nas ufność Portugalczyków w rozwagę wszystkich turystów, którzy wręcz ocierali się o przejeżdżające tam tramwaje. 
Kiedy już zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, udaliśmy się do portowej dzielnicy Ribeira, gdzie czasem można podziwiać artystów tańczących fado. Zobaczyliśmy katedrę Se, powstałą w XII w w stylu barokowym z widoczną na placu kolumną, która w dawnych czasach służyła do karania przestępców. Szliśmy fragmentem Caminho Português da Costa, która prowadzi pielgrzymów do Santiago de Compostella.
Na naszej trasie zastaliśmy jeszcze przepiękną Kaplicę Dusz, pokrytą blisko 16 000 biało-niebieskich płytek, przedstawiających sceny z życia świętych, m.in. św. Franciszka z Asyżu. Te płytki, zwane azulejos są bardzo charakterystyczne w Portugalii i zdobią również ściany dworca św. Benedykta.
Kolejnym punktem na naszej trasie była wieża kleryków z panoramą na Porto i rzekę Douro, a po przeciwnej stronie rzeki dotarliśmy do Igreja de Serra do Pilar, klasztoru i punktu widokowego na piękny dwupoziomowy żelazny łukowy most Ludwika I.
W drugim dniu naszego wyjazdu zawędrowaliśmy do Bragi, miasta w regionie bardziej związanym z modlitwą, duchowej stolicy Portugalii. Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy w pobliskim miasteczku Tenoes od miejsca, gdzie schodami Via Sacra dostaliśmy się do sanktuarium Bom Jesus do Monte. Schody symbolizują Drogę Krzyżową, a każda z pięciu części tych schodów ozdobiona jest fontannami reprezentującymi pięć zmysłów: wzrok, słuch, węch, smak, dotyk. Do bazyliki można wejść, pokonując 577 stopni, ale jest też ciekawa alternatywa: najstarsza na świecie kolejka linowa napędzana wodą, działająca od 1882 roku. Na zboczu góry Espincho można jeszcze zobaczyć sztuczną grotę w ogrodach tego sanktuarium.
Udało nam się też wejść na mury  zamku wznoszącego się na niewielkim wzgórzu nieopodal historycznego centrum starego miasta, Guimaraes - pierwszej stolicy Portugalii. Kamienną twierdzę wzniesiono w X wieku w celu ochrony miejscowej ludności przed najazdami Maurów i Normanów. Obiekt wpisany jest na listę dziedzictwa narodowego Portugalii, choćby z tego powodu, że w tym miejscu urodził się pierwszy król, a zamek przez krótki czas był jego siedzibą. Z daleka widać, że fortyfikacja jest średniowieczna z pierścieniem murów obronnych.
Obok znajduje się Pałac Książąt Bragançy. W XV wieku budowla stała się rezydencją książąt Bragança, jednego z najpotężniejszych rodów arystokratycznych w Portugalii.
Braga znana jest jako “Miasto Dzwonów”, ponieważ w mieście znajduje się ponad trzydzieści kościołów w centrum. Do samego jej serca weszliśmy przez XIII wieczną  bramę miejską Arco da Porta Nova,  a potem spacerowaliśmy deptakiem Rua Dom Paio Mendes, na którym od rana jest mnóstwo kawiarnianych stolików zapełniających się turystami.
W kolejnym dniu pojechaliśmy już na południe Portugalii, w kierunku Aveiro. Niektórzy twierdzą, że to  portugalska Wenecja, ale moim zdaniem niewiele to ma wspólnego z Wenecją, no chyba, że kluczowymi będą tu kanały,  
W centrum Aveiro wizytówką jest miejsce przy pomniku rybaka  A. Salineira, znajdującym się wzdłuż głównego kanału miasta Ria de Aveiro. Z tego miejsca roztacza się piękny widok na zabytkowe kamieniczki miasta, z których niektóre są pokryte charakterystycznymi płytkami azulejos. 
Udaliśmy się też do Uniwersytetu w Aveiro. Powstał zaledwie 50 lat temu, ale wciąż się rozwija i wg rankingu jest gdzieś pomiędzy Uniwersytetem Warszawskim, czy Jagiellońskim, a Akademią Górniczo-Hutniczą. Stawia się tu szczególnie na nauki ścisłe, takie jak biotechnologia czy informatyka. Uczestnicy tego wyjazdu podczas prawie dwugodzinnej prezentacji byli oprowadzani przez studentów, a na koniec skorzystali z akademickiej stołówki.
Wieczorem, przed przejazdem do kolejnego miejsca noclegowego u wybrzeży Atlantyku, zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Batalha. Właściwie to nie wyróżniałaby się jakoś szczególnie, gdyby nie potężne mury klasztoru Mosteiro da Batalha. W tym klasztorze Matki Boskiej Zwycięskiej eksplorowaliśmy wnętrza.
Batalha została założona w 1500 roku. Jej powstanie jest ściśle związane z bitwą pod Aljubarrotą, ważną dla średniowiecznej Portugalii. Sama nazwa oznacza właśnie bitwę, konkretnie tę, która miała miała miejsce 14 sierpnia 1385 roku. W tym miejscu starły się portugalskie wojska króla Jana I Wielkiego z armią Jana I Kastylijskiego. Mimo, że wojsk kastylijskich było więcej, to Portugalczykom udało się tą bitwę wygrać. Skutkiem tej bitwy było zachowanie niepodległości przez Portugalię.
By podziękować Bogu za okazaną łaskę i cudowne zwycięstwo w bitwie pod Aljubarotą, król Jan I rozkazał wznieść ten ogromny klasztor.
Wieczorem dotarliśmy do czterogwiazdkowego hotelu Mar & Sol, który znajdował się na ogromnym, ponad 100-metrowym klifie, modelowanym przez Atlantyk. |Byliśmy świadkami ogromnych zniszczeń w okolicy, które powstały zaledwie dwa miesiące wcześniej. Świadkowie mówili, że szybkość wiatru sięgała tu 240 km/h. Zrzucała dachy, powalała wiaty, rozbijała szyby, wyrywała drzewa z korzeniami lub łamała je jak patyczki.
My jednak mieliśmy szczęście i mogliśmy z tego miejsca podziwiać piękny zachód Słońca.
Po wczesnym porannym joggingu do latarni morskiej i po ostrożnym zejściu do linii brzegowej, a następnie po pysznym śniadanku, zebraliśmy się przed luksusowym autokarem, który przewiózł nas do wioski Aljustrel, w której mieszkały dzieci: Łucja, Franciszek i Hiacynta. To im ukazała się Matka Boska. Objawiła się trójce pastuszków sześć razy w ciągu 6 miesięcy i przekazała im trzy tajemnice fatimskie: 
- pierwsza tajemnica: Wizja piekła – miejsce, gdzie idą grzesznicy,
- druga tajemnica: kara i sposoby jej uniknięcia – uniknąć można przez ustanowienie nabożeństwa do Niepokalanego Serca Maryi. Matka Boża obiecała, że przyjdzie poprosić o poświęcenie Rosji jej Niepokalanemu Sercu. Jeśli Jej prośby zostaną wysłuchane, Rosja nawróci się i będzie pokój. Jeżeli nie, kraj ten wywoła wiele wojen na świecie i będzie prześladował kościół, 
- trzecia tajemnica: prorocza wizja nieuniknionej kary i ogromnej katastrofy, a na koniec powrót ludzkości do Boga.
Zobaczyliśmy wnętrza domów św. Franciszka i błogosławionej Łucji. Byliśmy przy studni Arneiro, gdzie w 1916 r. pastuszkom objawił się Anioł Pokoju, a potem udaliśmy się już do samej Fatimy, gdzie obok sanktuarium, pod zadaszeniem, znajduje się Kaplica Objawień, miejsce faktycznych objawień Maryi. Pierwotnie był tam tylko dąb, ale został zniszczony, bo każdy chciał z tego miejsca wynieść dla siebie pamiątkę. My w Fatimie zrobiliśmy sobie piękne pamiątkowe zdjęcie, chyba każdy kupił pamiątkowe różańce, zobaczyliśmy naprzeciwko pomnik przedstawiający papieża Jana Pawła II w ruchu (Wiatr Nadziei) i zanużyliśmy dłonie w źródełku obok sanktuarium.
Wieczorem udaliśmy się do  miejscowości Alcobaça, by zwiedzić Mosteiro de Alcobaça, okazałe opactwo Cystersów mające aż 106 m długości, założone już w XII wieku przez pierwszego króla Portugalii Alfonsa I Zdobywcę. To tu staraliśmy się zrozumieć opartą na prawdziwych wydarzeniach historycznych legendę o Pedro i Ines i ich tragicznej miłości, których groby są w klasztorze. 
Król Alfons w XIV w. dzielnie walczył z muzułmanami i też odkrył wyspy Kanaryjskie. Miał syna, którego ożenił z kastylijską Konstancją Manuellą, która przybyła do Portugalii z dwoma dwórkami, m.in. z Ines. Konstancja szybko zmarła i wtedy potajemnie Pedro ożenił się z Ines. Kiedy Alfons się o tym dowiedział, uważał, że ten związek zagraża bezpieczeństwu Portugalii i kazał zabić Ines. Pedro rozpaczał i wywołał wojnę domową ze stronnikami ojca. Po śmierci ojca i po ukoronowaniu na króla, kazał wyjąć ciało Ines z trumny, nałożyć jej koronę i dwór miał całować martwą rękę Ines. Potem pochował ją w klasztorze, a swój przyszły grób nakazał przygotować naprzeciwko z napisem: Do końca świata.
Na zwieńczenie dnia wjechaliśmy do Nazare, by zobaczyć piękne, wysokie wybrzeże z górnej jego części: Sitio. Z tej perspektywy ocean i wybrzeże z dolną częścią miasta Praia wygląda imponująco. To miejsce jest szczególnie cenione przez surferów z całego świata, ponieważ szukają tu jedynej w życiu przygody, aby przeciąć ocean wzdłuż największych fal, czasem ponad trzydziestometrowych. My też podjęliśmy wyzwanie i z grupą śmiałków postanowiliśmy zejść do podnóża tych fal po stromym urwisku skalnym. Z tej perspektywy widać potężną erozję oceanu, gdzie fale potrafią być nieprzewidywalne. Podczas słonecznego dnia i prawie bezwietrznej pogody też niektóre z tych fal nas zaskoczyły. 
Piąty już dzień naszego wyjazdu powitaliśmy z dobrymi nastrojami, ponieważ mieliśmy w planie zobaczyć jedną z najpiękniejszych stolic europejskich - Lizbonę.
Żeby sobie trochę urozmaicić nasze zwiedzanie, zatrzymaliśmy się jeszcze w Obidos Niewiele się spóźniliśmy, bo zaledwie dzień wcześniej zakończył się tu Festiwal Czekolady. Ale wciąż miasto było szczególnie udekorowane, a czekoladę można było kupić... szczególnie Ginjinha de Obidos, czyli słodki likier wiśniowy w czekoladowym kieliszku. Pomysłowe, bo nie było żadnego odpadu. 
A co nas szczególnie zauroczyło w tym mieście? Mury obronne, którymi miasteczko jest otoczone i co ciekawe, można na nie wyjść i spacerować wzdłuż obserwując piękną panoramę miasta i okolic. Kiedyś to miasteczko było ulubionym miejscem wypoczynku portugalskich królowych i dziedziczek tronu. To tu portugalscy królowie zbudowali już w XII wieku zamek Castelo de Obidos dla swoich małżonek, jako prezent ślubny. Dziś w mieście przejdziemy obok wielu malowanych na biało domów z czerwonymi dachówkami po brukowanych, nieraz wąskich uliczkach. Miasto jest określane jako jeden z 7 cudów Portugalii.
Zwiedzanie Lizbony rozpoczęliśmy od Rossio, placu Figueira, Znajduje się na nim kolumna Piotra IV, króla Portugalii, a w tle można zobaczyć teatr narodowy.
W Portugalii, przez jej zabytkowe dzielnice, kursują słynne tramwaje linii 28. Można je często podziwiać i wciąż jest niezliczona ilość turystów, którzy chcą zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.
Dalej przez bramę Arco da Rua dotarliśmy do Placu Praca do Comercio, położonego bezpośrednio nad rzeką Tag. W jego centrum znajduje się pomnik konny króla Józefa I, wzniesiony dla upamiętnienia  odbudowy miasta po wielkim trzęsieniu ziemi w 1755 r.
Po południu wyszliśmy jeszcze na punkt widokowy Portas de Sol/ Santa Luzia i przespacerowaliśmy się uliczkami Alfamy - najstarszej dzielnicy Lizbony, 
Widzieliśmy Katedrę Se - największą świątynię w mieście, przypominającą twierdzę, a także Kościół Antoniego. Nie mogliśmy się przejechać jedną z najstarszych lizbońskich kolejek -  Elevador da Gloria, ponieważ obecnie jest nieczynna po katastrofie we wrześniu 2025 roku. Wtedy lina kolejki się zerwała i wagonik wykoleił się i rozbił o pobliskie zabudowania. W tym zdarzeniu zginęło 15 osób, a dalsze 18 uległo obrażeniom.
Przedostatni dzień naszej wyprawy był równie ciekawy i bogaty, jak każdy inny. Niedaleko od Lizbony odwiedziliśmy Sintrę. Spacerowaliśmy po mieście, gdzie zobaczyliśmy m.in. zamek Maurów i pałac Pena. Wędrując do tego pałacu, pokonaliśmy 250 m przewyższenia, ale w takim pięknym, naturalnym krajobrazie i klimacie, że w ogóle nie zauważyliśmy zmęczenia. Zwieńczeniem był wspomniany wcześniej Narodowy Pałac Pena położony na jednym ze szczytów gór Sintra. Zaskoczył nas ten eklektyczny styl z elementami neogotyckimi, neomanuelińskimi i neoislamickimi. To kolejny z siedmiu cudów Portugalii i pewnie dlatego czasem jest wykorzystywany przez samego prezydenta Portugalii do celów reprezentacyjnych.
Po tylu wrażeniach czekał nas jeszcze jeden przyrodniczy i szczególnie geograficzny rarytas: skalisty Przylądek Cabo da Roca, który stanowi najdalej na zachód wysunięty punkt lądu stałego Europy. Jest na skraju pasma górskiego Serra de Sintra Tutaj kiedyś uznawano, że kończy się świat. Nic dziwnego, ponieważ ląd w tym miejscu miejscami jest ponad 140 m nad poziomem morza. Nie bez powodu na obelisku stojącym na szczycie urwiska umieszczono tablicę z napisem: Tu gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna.
Siódmy dzień naszej podróży, to również dzień wylotu do Polski, ale ustawiliśmy sobie tak lot, żeby był dopiero wieczorem i dobrze, bo mogliśmy jeszcze wrócić do Lizbony.
Przyjechaliśmy do dzielnicy Belem i najpierw zatrzymaliśmy się przy wieży Torre de Belem. To taka militarna budowla, która kiedyś podobno znajdowała się na środku koryta Tagu, przy ujściu do oceanu, ale po wielkim trzęsieniu ziemi zmienił się kształt i kierunek koryta i dziś wieża jest na jego skraju. Jest wykonana w charakterystycznym stylu manuelińskim, a była wybudowana w epoce wielkich odkryć geograficznych. Kiedyś była punktem orientacyjnym dla wracających żeglarzy. Przetrzymywano też tam więźniów politycznych, m. in. Józefa Bema, twórcy Legionu Polskiego w Portugalii. Ta wieża to kolejny, jeden z siedmiu cudów Portugalii.
Dla geografa ważne jest jeszcze odwiedzenie miejsca, w którym znajduje się dość młody, ale monumentalny pomnik, który powstał w 1960 roku na pięćsetną rocznicę śmierci księcia Henryka Żeglarza. Pomnik ma kształt karaweli na której oprócz samego Henryka Żeglarza są jeszcze Vasco da Gama, Ferdynand Magellan, Diogo Cao, Bartolomeo Dias, czy Alfonso de Albuquerque. U podstawy pomnika można podziwiać też marmurową mozaikę, przedstawiającą mapę i trasy podróży portugalskich odkrywców.
W niewielkiej odległości zaglądnęliśmy jeszcze  do Klasztoru Hieronimitów, miejsca podpisania wejścia Portugalii do Unii Europejskiej, ale tam w środku zobaczyliśmy grobowiec m.in. Vasco da Gamy.
Po południu, na specjalne życzenie kilku naszych uczestniczek wycieczki udaliśmy się jeszcze do Sanktuarium Chrystusa Króla w Almadzie. Zastaliśmy pomnik podobny do posągu |Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Jest to efekt wdzięczności za ocalenie Portugalii podczas II wojny światowej.
Oczywiście wyjechaliśmy windą do podstawy figury, która ma imponujące 110 m. Z tego miejsca mieliśmy przepiękny widok na Lizbonę, ale i na stosunkowo nowy most Ponte 25 de Abril. Ma aż 2277 metrów długości z dwoma potężnymi pylonami. ŁAtwo zauważyć podobieństwo ze słynnym mostem w San Francisco.

Widok na plażę w Benidorm na Costa Blanca

Relacja z wyjazdu do Hiszpanii na Costa Blanca (wrzesień 2024)

 Na przełomie września i października 2024 została zorganizowana przez nauczyciela geografii i informatyki dwudziesta druga edukacyjna wycieczka zagraniczna. 
Po eksploracji Szkocji w chłodniejszym i bardziej pochmurnym klimacie, przyszedł czas na słoneczną Hiszpanię, a konkretnie jej środkowo-wschodnią część, czyli wybrzeże Costa Blanca. To dopełnienie wcześniejszych wyjazdów do tego kraju. W 2016 r. uczniowie uczestniczyli w projekcie realizowanym nad wybrzeżem Costa Brava w regionie Katalonii, a w 2019 mieli okazję zwiedzać wybrzeża Costa del Sol i Costa de la Luz na obszarze Hiszpanii, choć dotarli także nad portugalskie wybrzeże z pięknym Faro i Algarve. 
Każde wybrzeże geologicznie jest nieco odmienne, ale klimatycznie mają wspólną cechę: są doskonale nasłonecznione. Obecnie mieliśmy okazję przekonać się o tym tuż po wylądowaniu w Walencji, gdzie temperatury o tej porze roku sięgały 38 stopni C. 
Naszym celem zwiedzania w pierwszym dniu wyprawy była Denia, kameralne miasteczko u wybrzeży Morza Śródziemnego w prowincji Alicante. Wybraliśmy błękitny autokar, aby się tam dostać, gdyż jego kolor kojarzył nam się z bogactwem morskiej wody otaczającej ten region. Dzięki temu, że Denia znajduje się u podnóża góry Montgo, jest aż 320 słonecznych dni w roku i tego właśnie doświadczaliśmy każdego dnia. Zobaczyliśmy port Marina de Denia, z którego regularnie odpływają statki na Baleary czy Ibizę, a w dokach znajdują się ogromne ilości jachtów. W okolicy Denii jest też sporo górskich szlaków, np. Parque natural del Montgo, a w mieście Park de Torre Cremada, ogród Botaniczny La Alberca z dużym bogactwem rozmaitych roślin, główna atrakcja Castillia de Denia, zamek, który zdobyliśmy w dwóch podejściach w przedostatnim dniu naszej wycieczki. Miasteczko ma główną ulicę Carrer Marquez de Campos, na której w lipcu odbywa się gonitwa byków do portu morskiego. W 2015 miasto uznane przez UNESCO za gastronomiczną stolicę Morza Śródziemnego, dlatego nie mogliśmy dokonać innego wyboru z obiadowego menu, jak kalmary i krewetki. 
'W drugim dniu udaliśmy się czarnym autokarem się do Alicante. To dlatego, że nastawialiśmy się na zatłoczone miasto, ale też wiedzieliśmy, że staniemy na pięknej promenadzie Passeig de l’Esplanada d’Espanya w otoczeniu dorodnych palm, która jest wyłożona mozaiką, składającą się z trzech podstawowych kolorów, czerwonego, kremowego i właśnie czarnego. Najwięcej czasu w tym mieście poświęciliśmy na wizytę w Zamku św. Barbary położonym na wzgórzu Benacantil. Jedna z uczestniczek: Basia, zastanawiała się, czy wybór patrona zamku nie miał coś wspólnego z bogactwami, np. z węglem i świętem, które w Polsce obchodzimy 4 grudnia, ale powód wyboru patrona był bardziej banalny: po prostu 4 grudnia 1248 r. zamek został zdobyty przez siły kastylijskie i przyjęto patrona, którego w tym dniu wspominano. To na tym zamku zrobiliśmy pierwsze wspólne pamiątkowe zdjęcia, ponieważ widoki na morze z wysokości ponad 160 m są wyjątkowe. Zainteresowała nas przede wszystkim La Torreta, czyli najwyższa część zamku z murami i wieżą, ale także z tarasami i widokiem na współczesną część miasta i wybrzeże. 
W drugiej części dnia postanowiliśmy pojechać na specyficzną plażę otoczoną ogromną ilością potężnych wieżowców. Każdy turysta chce być jak najbliżej morza i mieć na nie widok. To zdecydowanie wybrzeże z drapaczami chmur mającymi nawet 50 pięter, dlatego niektórzy mówią o nim, że to takie europejskie Las Vegas, Nowy Jork, czy San Francisco. 
Nas szczególnie zauroczyło widokowe miejsce Mirador del Castillo lub inaczej Balcon del Mediterrano. Prowadzą do niego schody z placu zamkowego, a z tego balkonu widać majestatyczną wyspę, znajdującą się niespełna 3 km od wybrzeża. O niej opowiada jedna z legend o miłości Roldána i Aldy. Okazuje się, że wyspa jest podobna do ogromnej skalnej szczeliny na szczycie góry Puig Campana, znajdującej się w pobliżu Benidorm. 
Otóż dawno temu żył w górach olbrzym o imieniu Roldán. Nieopodal szczytu wybudował chatę, aby mieć schronienie gdy było zbyt gorąco. Pewnego dnia, podążając w stronę morza, zobaczył młodą, śliczną dziewczynę. Dziewczyna kąpała się w morskiej wodzie, ale gdy wyczuła obecność olbrzyma, bez lęku zaoferowała mu morską wodę w swoich dłoniach. Kiedy olbrzym zaczął pić, Alda zaśmiała się. Podobnie olbrzym roześmiał się z taką siłą, że aż góra się zatrzęsła. Olbrzym zabrał dziewczynę do chaty. Zakochani od pierwszego wejrzenia cieszyli się ogromnym szczęściem. Jednak pewnego dnia Roldán wracając do chaty, zauważył dziwną postać, która ostrzegła go, aby biegł do chaty jeśli chce znaleźć swą ukochaną przy życiu, bo gdy dzień się skończy, jej życie także dobiegnie końca. Roldán widział jak jego ukochana umierała. Ból i rozpacz olbrzyma były tak wielkie, że gdy Słońce zmierzało ku zachodowi Roldán pobiegł w stronę Puig Campana, i wściekłym rozmachem swego miecza rozłupał ogromną część góry, która uleciawszy w powietrze, z impetem spadła do morza. Parę chwil później Słońce schowało się całkowicie. Alda na zawsze zamknęła swe cudowne oczy, a Roldán trzymając swą ukochaną w ramionach, dotarł do plaży, a potem przedzierał się przez wodę, trzymając ukochaną wysoko ponad taflą morza, aż dotarł do wyspy. Tam ją pochował i sam pozostał chcąc chronić ją po wieczność. 
W trzecim dniu naszej wycieczki zdobywaliśmy Murcję, Elche i znajdujący się w pobliżu gaj palmowy. Chyba nikt z nas nie widział do tej pory tak ogromnej ilości palm nagromadzonych w jednym ogrodzie. Są z różnych stron świata, a wśród nich ta jedna... cesarska, gdzie jeden pień stanowi podstawę dla siedmiu palm. Każdy miał tu chwilę na spacer i utrwalenie niezapomnianych widoków w aparatach fotograficznych. Kto chciał, mógł też kupić daktyle, żeby po powrocie do domu poczuć również smak tego miejsca. 
Po południu w niedzielny piękny dzień powędrowaliśmy do Murcji gdzie mieliśmy okazję przejść od katedry do kasyna, zwiedzając osobliwości tego miasta. Nasz dzień nie kończył się tak prędko, ponieważ wieczorem w hotelu czekały na nas bogato zastawione lady z ogromną ilością potraw do wyboru, a później mogliśmy pływać nawet do 23.00 w basenach hotelowych wykonanych w formie kaskady. 
Następnego dnia wybraliśmy sobie 440. autobus w kolorze granatowym, bo w planie mieliśmy zwiedzanie miasteczka Guadalest, ale warto wiedzieć, że jest tam też kręta rzeka o takiej nazwie i piękne wodospady. Jak ktoś jeszcze nie był w tym miejscu Hiszpanii to powinno koniecznie znaleźć się na liście jego planów. Widoki z miasteczka z 220 mieszkańcami są imponujące. Dotarliśmy do Castillo de San José, czyli Zamku w Guadalest, umiejscowionym na skale w najwyższej części miasteczka, aż 586 metrów nad poziomem morza. To z tego miejsca zobaczyliśmy w dnie doliny imponujących rozmiarów zbiornik wodny Embassament de Guadalest. 
Jeśli morze jest za gorące, to w pobliżu tej miejscowości można się wykąpać w wąskim przełomie rzeki i wodospadów Algar. Ze śmiałkami eksplorowaliśmy wartki nurt rzeki w wąskiej skalnej szczelinie. To już nie 25 stopni jak w morzu, ale bardziej rześkie 16 stopni. I na koniec ta wisienka na torcie, czyli hiszpańskie Santorini: Altea. Wąskie uliczki w otoczeniu pomalowanych na biało kamienic, a w centralnej części kościół z piękną niebieską kopułą. Kolejna niesamowita perełka w Europie... Tak dużo wrażeń w ciągu tych kilku dni zachęciło nas w kolejnym dniu do odpoczynku. Udaliśmy się pieszo do centrum Denii, by eksplorować jej zakątki. Zobaczyliśmy też zamek. Rano był dla nas niedostępny, dlatego w czasie, kiedy Słońce było najwyżej nad nami, przedostaliśmy się na pobliską plażę. Tu w promieniach Słońca przy bezchmurnym niebie, spędziliśmy kilka godzin. Wieczorem najwytrwalsi zdobyli wreszcie zamek w Denii, z którego można było podziwiać widoki na zatokę i port w granicach tego miasta. 
Ostatni dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Walencji. Zdecydowaliśmy się na autobus nr 410 w kolorze błękitno-beżowym. Jechaliśmy przecież do miasta, które stanowi pomost między pięknym morskim nabrzeżem, a spaloną od żaru ziemią. Nie bez powodu, jak było napisane na autobusie, chcieliśmy to jeszcze raz przed wylotem poczuć i doświadczyć. Kościoły, giełdy, parki, areny, stadion Walencji i port... Widać, że w tej części Hiszpanii, przy wybrzeżu Costa Blanca, to stolica! 
Rano dotarliśmy do Miasta Sztuki i nauki w Walencji, czyli La Ciutat de les Arts i les Ciencies. Jest to taki rodzaj futurystycznego kompleksu kulturalno-rozrywkowego. Większość z budynków została zaprojektowana przez światowej sławy architekta Santiago Calatrava, wzdłuż płynącej w tym miejscu kiedyś rzeki Turia. Obecnie, po tym, jak miała tu miejsce niszczycielska powódź, koryto rzeki przekierowano na obrzeża Walencji. Pozostawiono jednak błękitną wodę w specjalnie przygotowanych basenach z białego kamienia. Kompozycja z białymi budynkami jest powiązana ze śródziemnomorską kulturą, w której barwy bieli i błękitu symbolizują morze i światło. 
W starszej części miasta odwiedziliśmy też m.in. arenę walk byków w Walencji: Placa de Bous de Valencia. Nasz przewodnik barwnie przedstawił historię corridy hiszpańskiej, bo to obok flamenco jeden z elementów kultury tego kraju. Dla nas igrzyska wydają się kontrowersyjne, ale Hiszpanie traktują to jako rodzaj teatralnego widowiska podzielonego na akty, tzw. tercios. Obok zobaczyliśmy też majestatyczny budynek dworca kolejowego, siedzibę Rady Miasta, budynek poczty głównej, siedziby banków i kościoły. W Walencji w samym centrum miasta jest też wkomponowany stadion pierwszoligowej drużyny piłkarskiej. Kto chciał mógł obejrzeć ten stadion od środka i usiąść w loży trenerów. Wieczorem musieliśmy się przemieścić na pobliskie lotnisko, z którego przylecieliśmy do Polski. 
Widok na Matterhorn ze zboczy Gornergrat

Relacja z wyjazdu do Szwajcarii (maj 2022)

Zagraniczne wycieczki edukacyjne są już tradycją w naszej szkole. 
W tym roku szkolnym uczniowie udali się do Szwajcarii. 
Noclegi spędzali w otoczeniu przepięknych krajobrazów doliny Lauterbrunnental.
Głównym celem wyprawy była eksploracja alpejskiego krajobrazu i okolic jednego ze szczytów w Alpach Pennijskich - Matterhorn, uważanego przez wielu za najpiękniejszą górę świata. 
Z Gornergrat (3135 m.n.p.m.) podziwiali także alpejski krajobraz z licznymi lodowcami między wieloma czterotysięcznikami wraz z najwyższym w tym kraju Dufourspitze (Monte Rosa 4634 m.n.p.m.) oraz czternastokilometrowym lodowcem Gornergletscher, trzecim co do wielkości w Alpach. 
W trakcie ośmiodniowej wycieczki, uczniowie mieli też okazję poznać kulturę tego kraju, przebywając w najważniejszych ośrodkach Śzwajcarii: 
- Lozannie, położonej na trzech wzgórzach nad Jeziorem Genewskim, z piękną gotycką katedrą Notre-Dame 
- Lucernie stanowiącej wrota do Alp nad Jeziorem Czterech Kantonów Leśnych; 
- Zurychu położonym nad Jezüiorem Zuryskim, siedzibie najważniejszych instytucji finansowych i centrów biznesowych 
- Bernie, stolicy Szwajcarii położonej nad rzeką Are z przepiękną średniowieczną starówką wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 
Zobaczyli też wiele atrakcji przyrodniczych, jak np. 
- Wodospady Rheinfall w Schaffhausen na rzece Ren z potężnym przepływem, sięgającym nawet 1200 m3/s; 
- punkt widokowy na szczycie Harder Kulm z wspaniałym widokiem na potężne góry Eiger i Jungfau; 
- przełom rzeki Aare, gdzie woda wyżłobiła głębokie koryto w bardziej odpornych na erozję skałach wapiennych; 
- Trümmelbach Falls, czyli największe podziemne wodospady Europy, które wydrążyły liczne studnie, galerie, tunele i platformy transportując wodę z lodowców Jungfrau. 
W serowarni klasztoru Engelberg uczniowie mieli też okazję poznać tajniki produkcji najlepszych szwajcarskich serów i podczas degustacji poznać ich smak. To tam znajduje się także skocznia narciarska, na której podczas treningu Kamil Stoch skoczył o dwa metry dalej niż obecny rekord skoczni czyli 146 m. 
W Montreux, miejscu wypoczynku gwiazd filmowych, artystów i biznesmenów, uczniowie wstąpili do kasyno, w którym znajduje się muzeum ze studiem nagrań Freddiego Mercurego.  
Etna widziana z Katanii

Relacja z wyjazdu na Sycylię 
(październik 2019)

Sycylia – bliżej ognistej plamy gorąca… 
Dobiegła już końca kolejna cudowna wyprawa na Sycylię, południowy zakątek Europy, obfitujący w bogactwo różnych atrakcji. 
W ostatnim dniu naszej wycieczki popłynęliśmy na Wyspy Liparyjskie, na świecie znane jako Eolskie, bo legendarnie związane z władca wiatru – Eolem. 
Największą atrakcją tego dnia, oprócz rejsu wokół malowniczych wybrzeży Lipari i Vulcano, była możliwość wyjścia aż do krateru drzemiącego wulkanu. Szliśmy po lawie, mijając ogromne ilości materiału piroklastycznego w postaci bomb wulkanicznych i lapilli. Momentami oddychanie utrudniały wydobywające się ze szczelin skalnych gazy przesycone siarką. Nie zważając na trudności i pokonując 500 m wysokości względnej, mogliśmy spojrzeć na dno krateru pełne zastygłej błotnistej lawy. 
Po uczcie dla oczu mogliśmy zadbać o naszą cerę, zażywając kąpieli błotnych wśród małych „gejzerów” zasilających gorącą wodą zatokę Morza Tyrreńskiego. 
A w poprzednich dniach? 
Wyjechaliśmy na zbocza Etny. Nie była zbyt gościnna. Temperatura spadła tam do prawie 10 stopni Celsjusza. Wiatr wiał z prędkością naszego halnego. Weszliśmy na czarne ziarna wszechobecnych popiołów. Trawersowaliśmy stożki pasożytnicze, wiedząc, ze pod nami drzemie olbrzymia siła, zdolna unicestwić wszystko w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Etna okazała się dla nas łaskawa, ale wiatr osiągający w porywach do 200 km/h, chciał nas zepchnąć ze zbocza. Trzymaliśmy się razem i paradoksalnie znaleźliśmy schronienie w kraterze. 
Kiedy już zjechaliśmy z wysokości ponad 2000 m. n.p.m. mogliśmy wejść na jęzor spływającej całkiem niedawno, bo w 1992 r., lawy. U jej czoła mogliśmy skosztować różnych gatunków miodów i oliwek, doskonałych produktów tego żyznego regionu. 
Niedługo potem zanużaliśmy już nasze nogi w pięknym przełomie rzeki Alcantara. Zablokowane tu kiedyś przez potok lawowy wody w korycie rzecznym, drążyły nową drogę wśród twardych skał, by teraz wyeksponować tu piękne słupy bazaltowe. 
Tuż przed wieczorem mieliśmy jeszcze okazję odwiedzić Taorminę. Na wzgórzu Monte Tauro mogliśmy podziwiać piękny teatr grecki, katedrę San Nicolo na placu Duomo, a także odpocząć od ulicznego zgiełku w parku Villa Comunale, gdzie z tarasu rozciąga się przepiękny widok na Etnę i na Zatokę Naxos. Kto chciał mógł się delektować granitą, owocowym sorbetem wspaniale smakującym i orzeźwiającym w ciągu upalnego dnia. 
Oczywiście to tylko ostatnie atrakcje naszej zagranicznej wycieczki. 
Zwiedzaliśmy jeszcze potężną Katanię z bardzo hucznym miejscem – targiem rybnym, ale też z katedrą św. Agaty męczennicy, która urodziła się w tym mieście i pomimo oddania jej do domu rozpusty, zachowała dziewictwo w zamian za tortury i odcięcie piersi. Obecnie chroni to miasto przed zgubnymi skutkami aktywności Etny. 
Zobaczyliśmy barokowe Noto z bogactwem kościołów i odbudowaną katedrę, Ragusę – z bazyliką di San Giorgio, czy katedrą San Giovanni; Modicę, znaną przede wszystkim z czekolady, której receptura wywodzi się już od Azteków – wynalazców czekolady. Czekolada z miasta Modica nie zawiera mleka i wytwarza się ją w stosunkowo niskiej temperaturze, a dodatkowo cukier nadaje tabliczce ciekawej, lekko chrupiącej w ustach faktury. Odwiedziliśmy tu fabrykę czekolady, gdzie kosztowaliśmy jej duże ilości, świeżo wykonanej podczas pokazu. 
Jedną z większych atrakcji naszej wycieczki były też Syrakuzy. To tu weszliśmy do parku archeologicznego i przeszliśmy się wokół teatru greckiego i amfiteatru rzymskiego, a także zwiedziliśmy starą cześć miasta, położoną na wyspie Ortigia. Poznaliśmy też ludzi i ich zwyczaje. 
Od bardzo profesjonalnie przygotowanych przewodników dowiadywaliśmy się o kulturze Sycylii i o uzależnieniu gospodarki tego kraju od mafijnych układów. Sycylia urzekła nas swoim pięknem, pozwoliła przedłużyć czas lata i sprawiła, że z większym zrozumieniem podchodzimy do procesów związanych z czynnikami wewnętrznymi kształtującymi powierzchnię Ziemi. Jakże trudno takie procesy wytłumaczyć podczas lekcji, a na tej wycieczce można je było niemal poczuć. To tutaj byliśmy na kontakcie dwóch wielkich płyt tektonicznych: afrykańskiej i eurazjatyckiej (europejska Sycylia leży właśnie na płycie afrykańskiej). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie poruszały się z zawrotną prędkością przyrostu paznokcia w ciągu roku (ok. 2-5 cm). Musi więc być jakaś siła, która wpycha tę płytę afrykańską pod eurazjatycką. Ta siła płynie z wnętrza Ziemi i jest nią ciepło. Ciepło zmniejsza gęstość materiału, a ten staje się coraz bardziej płynny. Ciepło jest więc dalej wypychane w kierunku skorupy ziemskiej. Sama skorupa jest chłodniejsza i ulega tzw. ujemnej pływalności, czyli tonie, a te przeciwstawne sobie siły doprowadzają do ruchu płyt. W miejscu, gdzie magma jest cieplejsza, dochodzi do rozrostu, a tam gdzie jest chłodniejsza, ma miejsce zrost. Zrastanie się jest bardziej gwałtowne i obfituje w zjawiska wulkaniczne (erupcje) i trzęsienia Ziemi. 
Kiedy byliśmy w Katanii, mieliśmy okazję podziwiać wielkie wybuchy Etny z głównego jej krateru. My poruszaliśmy się i mieszkaliśmy na uskoku TLM (od geograficznych nazw: Tindali – Letojanni – Malta), który biegnie wzdłuż wysp: Vulcano, Lipari i Salina. Na zachód od tego miejsca nie stwierdza się obecnie większej aktywności wulkanicznej, ale na wschód znajduje się jeden z najaktywniejszych wulkanów na świecie – Stromboli. Wyrzuca on bomby wulkaniczne i lapille z częstotliwością 3-5 razy w ciągu godziny, ale zdarza się, że znacznie częściej. 
Płynęliśmy obok niego. To właśnie na wschód fragment płyty afrykańskiej zapada się jeszcze bardziej z uwagi na uskok i liczne pęknięcia w tym miejscu.
plaże w Hiszpanii

Relacja z wyjazdu do Hiszpanii i Portugalii
(maj 2019)

W kwietniu 2019 r mieliśmy okazję polecieć do Hiszpanii i oprócz niej zwiedzaliśmy również południową część Portugalii. 
To był już trzynasty wyjazd zagraniczny zorganizowany przeze mnie. Z relacji uczestników wynikało, że był bardzo udany. Sam też tak to odbierałem, bo to byłą wspaniała młodzież, pozytywnie nastawiona na zwiedzanie. 
W ciągu ośmiu dni, w odległości ok. 3200 km od naszych domów, udało się nam zobaczyć m.in. Sewillę, Gibraltar, Kadyks, Jerez de la Frontera, Rondę, Huelvę, Malagę, Marbellę, Esteponę, Albufeirę i Faro. Eksplorowaliśmy więc południowe wybrzeża Portugalii m.in. w Faro i Albufeirze, wspierane bogatą prezentacją lokalnych przewodników. Na naszej trasie zwiedzania nie mogło zabraknąć miejsca, gdzie rozbił się samolot z generałem Władysławem Sikorskim na pokładzie. Z geograficznego punktu widzenia nie moglibyśmy sobie pozwolić na pominięcie bogatej Sewilli i uroczego Kadyksu – miejsca narodzin flamenco, ściśle związanych z wyprawami Krzysztofa Kolumba. 
Byliśmy gośćmi ekskluzywnego hotelu w Esteponie, gdzie mieliśmy już okazję przywitać się z Morzem Śródziemnym. W tym miejscu nie tylko zażywaliśmy kąpieli w Słońcu, ale też w falach Morza Śródziemnego. Zobaczyliśmy portową Malagę na wybrzeżu Costa del Sol z wysokiego wzniesienia, które było punktem widokowym na Zamku Gibralfaro. Jest to jedno z większych miast Hiszpanii, które od początku swojego istnienia było kształtowane przez rożne kultury i religie w zależności od tego, kto w danym czasie panował nad tą częścią Półwyspu Iberyjskiego. 
Zobaczyliśmy m.in. twierdze zbudowaną jeszcze przez Rzymian – Alcazabę i odkryty dopiero niedawno teatr rzymski znajdujący się u jej stóp. Zobaczyliśmy też wielką renesansową katedrę, która została usytuowana na dawnych arabskich murach meczetu. 
Oczywiście obowiązkowo musieliśmy zaliczyć plażę Malaqueta, na którą cień rzucały dorodne palmy. Późnym popołudniem zaglądnęliśmy jeszcze do Marbelli, znanego kąpieliska morskiego, ulubionego przez najbogatszych ludzi z całego świata. 
Nie mogło zabraknąć czasu na klimatyczne miasto Ronda już we wnętrzu Półwyspu Iberyjskiego z pięknym kamiennym 150. metrowym mostem. 
W ostatnim dniu naszej wycieczki wróciliśmy do Sewilli, by ponownie podejść do murów pięknego pałacu Alkazar i innych atrakcji tego bogatego skrawka Andaluzji. 
Dni naszego podróżowania zwieńczaliśmy kąpielą w hotelowym basenie i obiadokolacją, gdzie każdy mógł najeść się do syta, korzystając z bogactwa rożnych potraw serwowanych w formie szwedzkiego stołu. Poniżej znajdziecie kilka tylko zdjęć z ciekawych odwiedzanych przez nas miejsc. Niestety nie uwzględniam na nich uczestników wycieczki z uwagi na przepisy dotyczące ochrony danych osobowych. Takie zdjęcia możemy jednak oglądnąć w zamkniętej grupie.
Szukaj